|
|
|||||||||||
Młody czeski skoczek Jan Mazoch walczy o życie. Podczas drugiej serii skoków z Zakopanem spadł pionowo na zeskok, kilkakrotnie odbijając się od niego i stracił przytomność.
Wielkie sportowe święto, sobotni konkurs Pucharu Świata w skokach narciarskich w Zakopanem, skończył się w ciszy. Po bardzo groźnym upadku Czecha Jana Mazocha trybuny przy Wielkiej Krokwi zamarły. Również zawodników przybił wypadek kolegi.
"Niestety, upadki są wkalkulowane w ten sport. Moim zdaniem Mazochowi zabrakło trochę doświadczenia, bo mógł się wybronić po tym silnym podmuchu tylnego wiatru. Trzeba było zakręcić rękami i spadać na plecy. Ja miałem na Wielkiej Krokwi podobny upadek, udało mi się obrócić na plecy i tylko się poobijałem koziołkując w dół. A on nawet nie walczył. Wygięło mu nartę, ona złapała powietrze, pociągnęła go za sobą i runął. My to wszystko widzieliśmy w naszej budce na górze, bo mamy podgląd na to co się dzieje na skoczni" - powiedział po konkursie Adam Małysz.
Czeski zawodnik od wczoraj jest nieprzytomny. Jest utrzymywany w stanie śpiączki farmakologicznej. W takich przypadkach to standardowa procedura.
Czeski skoczek doznał wieloogniskowych stłuczeń mózgu - takie są najnowsze wyniki badań tomografem komputerowym. Według lekarzy krakowskiej kliniki, jeżeli jego stan się nie pogorszy, to niewykluczone, że zostanie on wybudzony ze śpiączki.
Decyzja w tej sprawie zapadnie jednak najwcześniej jutro.